Relacja z koncertu Jordan Reyne we Wrocławiu

„Króciutki to był koncercik” – słowa pana stojącego za mną w kolejce do szatni przy wyjściu być może najlepiej streszczają to, co wydarzyło się 20 lutego w Klubie Łykend we Wrocławiu. Bardzo kameralna atmosfera, drobniutka dziewczyna na scenie i występ trwający (razem z dwoma bisami i owacjami na stojąco) niespełna półtorej godziny. Ot, taka sobie drobnostka bez spektakularnych atrakcji i pompy, wydarzenie opisane zdrobnieniami. Ale, ale – „z dwoma bisami i owacjami na stojąco”. W tej zdrobniałej formie dokonała się jednak wielka rzecz.

Pisałam ostatnio, że ośmioosobowy zespół z wieloma instrumentami brzmi wspaniale (San Fermin), a wcześniej, że samotna dziewczyna na scenie zawodzi (Molly Nilsson). To teraz kontra – Jordan Reyne – samotna dziewczyna na scenie, która potrafi wybrzmieć jak kilkuosobowy zespół i brzmi wspaniale. Jest tradycyjna i nowoczesna, skromna i rozwrzeszczana.


To, co zaprezentowała w Klubie Łykend było z jednej strony bardzo oczywistym knajpianym graniem – dziewczyna z akustyczną gitarą, śpiewająca w pubie piosenki-opowieści o folkowym zabarwieniu, z nutą złości i romantyzmu. A z drugiej strony pojawiły się nowoczesne efekty – sprzęt samplujący głos i grający gotowy elektroniczny podkład. Sama artystka z odrobiną zakłopotania przyznała, że może miejscami brzmi to jak karaoke. Nie brzmiało. Ciekawe, bo podobny, pod względem technicznym, koncert Molly Nilsson od razu skojarzył mi się z karaoke. Być może jest to kwestia przekazu, poziomu jego szczerości i emocji, albo umiejętności przekazania prawdziwej sztuki przy pomocy techniki. Albo wynika to z treści przekazu – kiedy słucha się interesującej historii sposób jej opowiadania przestaje być istotny i nawet jeśli opowiadają ją roboty, to jest w tym jakaś szczerość, która pochłania uwagę słuchaczy. A Jordan Reyne jest świetną opowiadaczką. Jej muzyka ma charakter fabularny. Są to opowieści, o tym jak Johnny odszedł na morzu („Johnny & the Sea”), jak Elizabeth została sama z dziećmi, o ludziach umierających w Nowej Zelandii w tajemniczych okolicznościach („The Proximity Of Death”), o rasizmie i miłości. Wszystkie smutne. Cóż, tragedia buduje najlepsze fabuły. Ale w przypadku piosenek sama i tak niewiele by zdziałała, gdyby nie mocny głos wokalistki i dobre teksty, a to kolejne atuty Jordan Reyne. Na przykład wers z „The Arsonist”: If you’d been Romeo, well then I’d just be expected to die.

Jordan Reyne wystąpiła we Wrocławiu w ramach trasy koncertowej promującej najnowszą płytę „The Annihilation Sequence”. Zagra jeszcze dzisiaj w Warszawie (Znośna Lekkość Bytu), jutro w Gdyni (Ucho) i w niedzielę w Toruniu (Pub Pamela). Nie zmarnujcie tych okazji. Bo jest to dziewczyna zdecydowanie warta dwóch bisów i owacji na stojąco. Jest też warta znacznie liczniejszej publiczności i lepszej promocji.


Zobacz również:
„Borderlands” Jordan Reyne
„Bardo” Jordan Reyne
„Mother” Jordan Reyne
Starucha Jordan Reyne


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *