„The Sea” Somali Yacht Club

Mam wrażenie, że ta płyta składa się z wciąż powtarzanych tych samych fragmentów, tych samych muzycznych motywów i jedyne co się na niej zmienia, to ich aranżacja. Właściwie to podział na utwory mógłby przebiegać w zupełnie innych miejscach, z jedenastominutowego „Vero” mogłyby powstać trzy, niemal bliźniaczo podobne do „Crows” czy „84 Days”. Słuchałam tego wydawnictwa, myśląc o tym, po co w dzisiejszych czasach wyrażać się tak rozwlekle i kto ma cierpliwość tego słuchać? Chęć „przebrnięcia” przez tę płytę oraz strach przed brakiem na to czasu i skupienia przyblokowały moją pracę blogerską na kilka tygodni. No, ale nie zrezygnowałam ze zmierzenia się z nią, chyba podświadomie wiedząc, że warto.

Skupmy się na tytule – „The Sea” – i uznajmy, że wciąż powtarzane te same fragmenty to coś jak fale na morzu. Wtedy zaczyna to mieć sens, jest bardzo czytelnie i przyjemnie się tego słucha, gdy już przestanie się oczekiwać, że coś spektakularnego na tej płaszczyźnie może się wydarzyć. Morze to w końcu tylko suma zupełnie podobnych fal, ale mimo to inspiruje, zachwyca, a nawet zapiera dech w piersiach. „The Sea” jest muzyka jednego stanu (choć o zmiennym tempie), jednego trwania; jest brzmieniem teraźniejszości, które nie mówi ani a wspomnieniach, ani o planach. Po prostu trwa w całej swojej ogromnej rozpiętości. Dla mnie „The Sea” jest opowieścią o czymś, co ma trwać wiecznie, z perspektywy nas samych, i co nigdy się nie zmieni. Smutną, ale pouczającą.

Jedyną anomalią w tym jednorodnym brzmieniu jest „Blood Leaves a Trail”. Jeśli ktoś nie ma cierpliwości rozpoczynać słuchania nieznanej muzyki od kilkunastominutowych, w przeważającej części instrumentalnych kompozycji niech zacznie właśnie od „Blood Leaves a Trail”, później już łatwo się w to wciągnąć. Chociaż z drugiej strony, w moim odczuciu, początek tej płyty jest najlepszy: „Vero” i „Religion of Man”, w kolejnych utworach kreatywność twórców nieco spada.

Oczywiście na morzu można oczekiwać sztormów albo lirycznych zachodów słońca i można mieć pretensje do Somali Yacht Club, że nie ubarwiło „The Sea” tego typu atrakcjami. Ale bywa tak, że trzeba zmierzyć się z niekończącą się, niespektakularną powtarzalnością i to też, na swój sposób, jest zapierającą dech w piersiach „atrakcją”.
Cieszę się, że znalazłam cierpliwość na tę muzykę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *