Trochę to osobliwe, że Spinofonia nie tytułuje swoich płyt, a tytułuje utwory (instrumentalne). Mogłoby się wydawać, że bardziej logicznie jest robić dokładnie na odwrót – tytułować płyty z utworami: 1, 2, 3, 4… Kto zapamiętuje tytuły instrumentalnych kawałków? Albumów prędzej.
Do „3-ki” odniosłam się jak do czegoś na próbę, ale skoro powstała „4-ka”, która zawiera wystarczająco dużo muzyki, by być pełnoprawnym długogrającym albumem, to znaczy, że to jest taki pomysł na serio. A jeśli tak, to nabiera się trochę innej perspektywy do tych wydawnictw – są bardziej jak zbiory utworów niż koncept albumy, więc być może trochę nie na miejscu jest pisać o nich całościowo?
„4-ka” przykuwa uwagę swojego rodzaju „lirycznymi wstawkami” w postaci brzmienia pianina i skrzypiec. Słyszymy je już w pierwszej minucie pierwszego utworu („Zrywając sidła”), co, odnoszę wrażenie, jest jak czołówka filmu rozpoczynająca się od nazwisk aktorów grających główne role. Występują razem (te skrzypce i to pianino) jeszcze w „Kompasie”, „WymaŻonej” i „Kluczu do Antidotum”. Ich obecność jest niezwykła, bo Spinofonia gra zasadniczo rock-metal. Nie inaczej jest na czwartym albumie – nie ma ballad czy nostalgicznych melodii. Ten „zryw” zapowiedziany tytułem pierwszego utworu trwa przez kolejnych sześć, bezustannie, aż do końca płyty. Liryczne wstawki pianina i skrzypiec tylko go zdobią, choć są przy tym bardzo wyraziste.
W tym tkwi główna niezwykłość tej płyty – w pogodzeniu hałasu i subtelnych dźwięków, pędu z refleksją, powierzchownego popisu instrumentalnych umiejętności z głębią przekazu. W „4-ce” najbardziej charakterystyczne jest chyba to, że wiele rzeczy godzi. Jest bardzo starannie ułożona, bardzo ładnie zarządza nastrojem, absorbuje uwagę słuchaczy na niezmiennym poziomie. To w zasadzie obala twierdzenie o zbiorze utworów, bo jednak całościowo „4-ka” brzmi spójnie, ale może niepotrzebnie poszukuję dla tej muzyki tłumaczenia…
W zasadzie wszystko jedno jakie czego są tytuły – przestają mieć znaczenie nazwy, gdy zacznie się tego słuchać. Nie będę zgadywać dlaczego zryw brzmi podobnie do nadziei, źródła esencji, białej księgi, kompasu… Może nie trzeba zgadywać, może to jest oczywiste, że to jest to samo w różnych wersjach (jak lista synonimów). Więc jednak zbiór utworów – wariacji na temat nowych początków.
Zatem na płycie, której tytuł brzmi jak liczba wszystkich stron świata wygląda to tak, że zacząć można gdziekolwiek, ważne, by potem pędzić, jednak nie byle jak i byle gdzie, bez refleksji, na oślep. Liryczne wstawki i ułożona kompozycja finalnie formują muzykę, którą można odbierać jak metaforę nowego życia, takiego, o jakim wszyscy marzą. To w sumie mogłoby być piękne życzenie okolicznościowe: „niech Twoje życie będzie jak muzyka Spinofonii”.
Zobacz również:
„Spinofonia III” Spinofonia
