„Birthmarks” Bambara

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Sylvia Plath pisała w swoich dziennikach: Samotny spacer pustą ulicą wywołuje pewien niepowtarzalny nastrój zachwytu. Rozmyte światło rzucane przez księżyc oraz reflektory latarni tworzą jakby oświetlenie pustej sceny, stworzonej dla ciebie, żebyś mogła przez nią przejść. Taka scena jest dobrym punktem wyjścia, ale widzę ją bardziej konkretnie – mokrą, usłaną kałużami po kwietniowym deszczu, odbijającymi światło tych latarni i przez to z jeszcze bardziej rozmytymi konturami, nierzeczywistą, mroźną jak na początek wiosny, rozbrzmiewającą tylko co jakiś czas echem wielkiego miasta, którego puls przepływa kilka ulic dalej. Na tej konkretnej jest pusto, słychać jej głębię, czuć wilgoć i powiew wolności niesiony przez wiosenny wiatr. Wolności, której nie można rzucić się w ramiona, bo dłonie wciąż marzną w kieszeniach.

Do takiego samotnego spaceru przenosi mnie muzyka Bambary z płyty „Birthmarks”. Samotnego, choć na swój sposób szpanerskiego, ba ma się uczucie, jakby było się gwiazdą, idąc po tej „ulico-scenie”, słuchając tych kolejnych utworów. Jakby słuchało się o sobie. Bardzo łatwo przychodzi wyobrażenie sobie siebie w scenerii tych piosenek, którą najprościej określić jako „nocną”, bo nie widać tam wielu barw, najwyżej jaskrawość. Surowe brzmienie tej muzyki mogłoby być żywcem wycięte z czarno-białych undergroundowych produkcji w nowoczesny sposób kopiujących klimat kina noir. Ale jej energia oferuje iście imprezowe doznania, takie, które gdzieś ponoszą, mieniąc się w mnogości świateł odbijanych w mokrych fragmentach ulicy.

„Birthmarks” zdecydowanie przenosi w miejsce. Jedno konkretne, które przemierza się od pierwszego do ostatniego dźwięku tej płyty. Z którego nie wychodzi się, jak z sali kinowej podczas seansu. Jest to muzyka bardzo kinematograficzna, w tym sensie, że pochłania całą uwagę, odrywa od rzeczywistości i pozwala odbiorcy poczuć się jak bohater dobrego filmu z dość neurotycznym scenariuszem.

Pewnie każdy na swój sposób odczyta tę historię, odegra swoją rolę. Pewnie będą też tacy, którzy pod hasłem „Birthmarks” Bambara odnajdą tylko kolejną płytę z muzyką, wedle subiektywnej oceny, lepszą lub gorszą. Dla mnie słuchanie jej nie zamyka się tylko w wrażeniach słuchowych, jest swego rodzaju fizycznym doznaniem. To spacer obskurną, pustą uliczką za klubem muzycznym w wielkim mieście, zimną wiosną, po deszczu. I to chyba właśnie są moje „Birthmarks”.


Zobacz również:
„Stray” Bambara

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back To Top
¿Dlaczego Nie Gra?
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.