Pierwszy raz słuchałam „Designated Driver” w pociągu, słoneczną, zimną wiosną. Tak zobaczyłam tę muzykę. Przyszła do mnie z obrazem, z performatywnym wideoklipem w pakiecie. To pierwsze doznanie zdominowało całe wyobrażenie i nie potrafię już myśleć o niej inaczej niż jak o podróży. Ale, patrząc na okładkę, być może właśnie o to w tej muzyce chodzi. Być może intencja twórcy świetnie zgrała się z okolicznościami odbioru.
Na pewno, jako pasażerka, nie w pełni zidentyfikowałam się z podmiotem tego dzieła. Ale z perspektywy pasażerki dostrzega się w nim szczególne piękno – gdy biernie pozwala się mu siebie nieść. Tak czule chwyta i tak delikatnie unosi, i choć ma się wrażenie, że pędzi (pędzi do tego stopnia, że brakuje tchu), to jednak nie traci się poczucia absolutnego bezpieczeństwa w tej niezwykłej podróży.
W zasadzie mogę prościej opisać pierwsze uczucia, jakie wywołała we mnie ta muzyka – to tak jakby ktoś cię porwał w ramiona i zabrał w bezpieczne miejsce. Z tym że nie jest to muzyka o tym miejscu ani nie o tym uścisku, a o tej drodze, którą pozwalasz się prowadzić temu, który ocala.
Bardzo warto czekać, by usłyszeć całą płytę RED RED SUN. Premiera jesienią.
