Great September 2025: Ewa Bem

Postaw mi kawę na buycoffee.to

12 września 2025, Łódź, Grand Hotel

Jestem wielką fanką dziewiętnastowiecznej architektury. I będę szczera, poszłam na ten koncert głównie po to, by ją zobaczyć – dla wnętrz, nie dla repertuaru. Powszechnie wiadomo przecież, że Ewa Bem ma ładne piosenki, które ładnie śpiewa. I koniec. Tu nie ma miejsca na wypowiedź. Nie na moim poziomie. Mając podczas Great September możliwość tylu niespotykanych doznań muzycznych, po co uczestniczyć w czymś oczywistym?

Wnętrza Hotelu Grand były w tym przypadku elementem niezwykłości i opakowaniem, które z tego wydarzenia uczyniło coś w rodzaju produktu deluxe. Dawno nie czułam się na koncercie tak wytwornie i tak niestosownie do imprezy ubrana. Wystarczy posłuchać jak to brzmi: Ewa Bem w Grand Hotelu w Łodzi – prawie jak: Édith Piaf w Olympii. Nie było najmniejszych wątpliwości, że występuje uwielbiana przez publiczność gwiazda, gdy samo jej wejście na scenę wywołało owacje o temperaturze „na stojąco”. Zresztą wielu stało, bo zabrakło miejsc.

Ewa Bem wykonała program „Moje piosenki”, na który składały się utwory specjalnie dla niej napisane lub jej autorstwa. Były chyba tylko dwa wyjątki: „Za szybą” z repertuaru Grażyny Łobaszewskiej i „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał” Skaldów. Generalnie, prawie same przeboje. Ale chodzenie na koncerty „starych” gwiazd, których się nie jest zagorzałą wielbicielką wiąże się z taką możliwością, że czasem usłyszy się po raz pierwszy jakąś starość, z uczuciem świeżego zachwytu, jak przy przedpremierowym odsłuchu. Dla mnie takim momentem tego koncertu było wykonanie utworu „To cześć” – bardzo emocjonalne i zapadające w pamięć dobrym tekstem i piękną muzyką. Wykonanie lepsze niż na płycie, bo, gdy potem odszukałam tę piosenkę w internecie, nie znalazłam w niej takiego ładunku wzruszeń, jak podczas koncertu.

Ewa Bem w Grand Hotelu podczas Great September 2025 to było, jednym słowem, wydarzenie zgodne z opakowaniem. Niezwykłe wnętrza sali koncertowej, cechujące się surowością monumentalnego piękna oddawały nastój tej muzyki – surowej, w sensie – pozbawionej niepotrzebnego blichtru i monumentalnej, bo skomponowanej i wykonanej tak dobrze. A nade wszystko – budzącej zachwyt odbiorców.

Piękna w tym koncercie była też relacja, jaką Ewa Bem nawiązała z publicznością. Z uroczym dystansem do siebie i nieco tylko ironicznym stosunkiem do nowych zjawisk koncertowej rzeczywistości, fantastycznie animowała publiczność, uzyskując w odpowiednich momentach wspólny śpiew, oklaski i blask latarek z telefonów komórkowych (w jej opinii „bardziej uroczy niż choinka”). Takimi tekstami czyniła swoje sceniczne sugestie pełnymi humoru wypowiedziami, w dobrym guście, nie wychodząc ani na chwilę z roli wielkiej artystki na scenie.

A potem poszłam na koncert Jana Marczewskiego, który miał te same teksty. Jakby wszedł w posiadanie scenariusza koncertowego Ewy Bem. Też były prośby o aplauz, instrukcje jak zwykłe cała publiczność śpiewa ze mną ten numer i kiedy należy zrobić klimat latarkami z telefonów oraz pomachać do mnie ręką w rytm mojej muzyki. Nie było w tym wdzięku. Było wodzirejstwo. W pakiecie z monotematycznymi piosenkami o niezbyt skomplikowanych relacjach damsko-męskich. Choć Jan Marczewski rewelacyjnie śpiewa. Ale cóż, droga młodzieży, nie wystarczy mieć dwóch milionów odtworzeń w serwisach streamingowych, żeby być Ewą Bem w Grand Hotelu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back To Top
¿Dlaczego Nie Gra?
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.