„Empty Places” Grzegorz Jurczyk

Przychodzi taki czas, kiedy trzeba przestać głupio się pocieszać i stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością, która nie jest fajna. Nie z powodu jakichś nadzwyczajnych okoliczności. Ona po prostu taka jest. Taką ma uniwersalną właściwość – że boli. Płyta „Empty Places” Grzegorza Jurczyka przychodzi w samą porę.

W pustych miejscach nie potrzeba wielu środków wyrazu, jeśli nie chce się zakłamywać rzeczywistości. Wystarczy fortepian. Jeden. I jeden artysta, który na nim zagra. I w tym przypadku nie należy obawiać się minimalizmu takiego solowego przedsięwzięcia – „Empty Places” ani przez moment nie nudzi, nie wpada w powtarzalność, nie nuży. Już na pierwszy rzut oka widać, że Grzegorz Jurczyk bardzo dobrze skomponował tę płytę, dosłownie – widać ten walor nawet bez słuchania, starczy lektura tytułów utworów. Da się w tej tak zwanej trackliście dość łatwo odnaleźć wstęp („Preludium”), dwa punkty zwrotne („Strange Movements” i „Broken”) oraz zakończenie w postaci wspomnień czy podsumowania („It Was a Nice Place”) – jak w klasycznym dobrym scenariuszu. A brzmi to wszystko jeszcze lepiej niż wygląda.

Muzyka ta zdaje się opisywać wszystko to, co jest winne tej tytułowej pustce, co do niej prowadzi, co tworzy ją krok po kroku, w procesie, który nie jest krótki i który nie boli gwałtownie, ale przeciągle i dogłębnie. Więc jest to: szaleńcza i ogłupiająca powtarzalność („Circles”), zdarzenia, które nigdy się nie wydarzyły i słowa, które nigdy nie zostały wypowiedziane („Empty Moments”), strach przed nadaniem im treści („Uncertainty”), nieporozumienia („Strange Movements”, „Parallel Words”), zbyt duże wyobrażenia („Too Many Stars”, „Close Look”), frustracja, że nic się nie klei („Broken”).

Kiedy słucha się tej płyty, to tak naprawdę „Close Look” brzmi jak punkt zwrotny – emanuje złością, jak to mówią, taką sportową złością pokonywanego, która wyzwala te nieznane dotąd pokłady energii, pozwalającej zaczynać wszystko od nowa; – i wciąż urywa się na tych samych dźwiękach. Jakby już nic nie mogło się zmienić. Ale zmienia się – w „Broken”, najbardziej charakterystycznym utworze na tej płycie, najbardziej odmiennym, „brzydkim”, bez melodii, bez nastroju, bez niczego, co tak pięknie dotychczas wzruszało. I to jest koniec. Ostatni utwór stawia klamrę – podsumowuje: „It Was a Nice Place”, teraz jest empty.

Poza oczywistym pięknem muzyki, płyta „Empty Places” jest też przepiękną (mądrą) próbą definicji pustki. W pewnym sensie pozytywną (choć wybrzmiewającą smutkiem), bo dającą odpowiedzi, ślącą wskazówki. Które po fakcie pewnie na niewiele się zdadzą, ale być może pomogą uniknąć kolejnych pustych miejsc. Nikt nie powiedział, że coś takiego zdarza się tylko raz w życiu.


Zobacz również:
„Charlie’s First Trip Alone” Grzegorz Jurczyk



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *