„Empty Plates” Robert Hallow and The Holy Men

Włączyłam bez przekonania, trochę znudzona przesytem okołofolkowych brzmień. Ładne, ale nic nadzwyczajnego, ładne, szkoda wyłączać, z szacunku dla artystów, z przyzwoitości. Z różnych pobudek, niezbyt wzniosłych, dotrwałam do czwartej piosenki. I to było jak dotarcie do poziomu góry, z którego już nie warto zawracać. „Empty Plates” jest płytą-kulą śnieżną, taką która wzrasta wraz z upływającym czasem słuchania. Brzmi coraz lepiej, ale też zmienia się, pociąga za sobą w różne muzyczne światy. To nie jest taki zwykły, przewidywalny, nowoczesny folk z  domieszką czegoś.

Czwarta piosenka czyli „Heaven Knows” zatraca gdzieś zupełnie folkowy liryzm na rzecz surowego rytmu perkusji, niby ze smyczkami w tle, ale jednak to już jest zupełnie inna muzyka, niż ta, której oczekiwałam. Tym szlakiem zaskoczenia i nieprzewidywalności Robert Hallow and The Holy Men podążają dalej i kolejny utwór „The Tumbler” już z folkiem nie ma raczej nic wspólnego – wywrzeszczany, ekspresyjny, rockowy – eksploduje energią przepełnionych stadionów. To dobitnie uświadamia coś, co właściwie jasne było od początku – że to nie jest akustyczna, poetycka płyta oparta na minimalistycznym przekazie wielkich emocji. To ekspresyjny, zakrojony na szeroką muzyczną skalę projekt z gatunku big bandów. Być może nie tak imponujących jak tych z lat 30., ale z wiolonczelą, skrzypcami, pianinem, wielogłosowym śpiewem.

Muzyczna soczystość i dobre teksty czynią z „Empty Plates” naprawdę warte uwagi wydawnictwo. Nie będę uderzać w wysokie tony zachwytu, bo być może moje niewielkie oczekiwania wywołały tak wielkie oczarowanie tą muzyką. Więc nie chcę przerysować, zapeszyć, opowiedzieć wszystkiego. Nie zamieszczę też ostatniej, jednej z najlepszych piosenek na tej płycie – „No Worries”. Dotrzyjcie do niej sami, słuchając po kolei. Wspomnę tylko, że jest to spektakularny finał.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *