„Hunted” Anna Calvi

Wydawało mi się, że muszę dobrze znać poprzednią płytę Anny Calvi „Hunter”, żeby dobrze zrozumieć „Hunted”, zawierającą nowe wersje siedmiu utworów z „Hunter”. Wydawało mi się, że muszę porównać i przez porównanie wartościować. Już sam fakt, że ktoś chce zrobić drugi raz to samo, rodzi przekonanie, że chce zrobić to lepiej i przypuszczenie, że za pierwszym razem wyszło mu niezadowalająco. Sprawdźmy co, oceńmy – taka jest pierwsza reakcja na tego typu płyty. Taki był mój zamiar. Kiepski pomysł.

Na „Hunted” Anna Calvi dzieli się swoją muzyką z innymi artystami – Julią Holter, Charlotte Gainsbourg, Courtney Barnett i Joe Talbotą. Rozdysponowuje między nich swoje emocje i pozwala im wyrazić je na ich własny sposób. Tym samym nadaje swoim osobistym przeżyciom wyraz ogólnoludzki, uniwersalny. Co na tym zyskuje? Głębię treści. A co na tym traci? Wydawałoby się, że intymność, bo przecież oddaje, jak by nie było, kawałek siebie do interpretacji innym artystom. A jednak wersje jej utworów z „Hunted” brzmią bardziej osobiście, delikatniej, mniej agresywnie. Dokładnie tak, jak sugerują to tytuły obu płyt „Hunter” (łowca) jest osobą czynu, „Hunted” (upolowany) osobą bez możliwości działania. Co to oznacza? Że te same słowa mogą mieć różną treść, różną siłę, różne konsekwencje, inaczej wpływać na emocjonalność? Że historia upolowanego nie jest tożsama z historią tego, kto go tropi.

„Hunted” jest w pewnym sensie płytą eksperymentalną, coś sprawdza i udowadnia. Z racji swojej wtórności jest skazana na porównania i analizy. Nie lubię, gdy ktoś to robi muzyce, więc jeśli mogę doradzić – nie słuchajcie „Hunter” przed „Hunted”, nie bawcie się w „znajdź 10 różnic”. Posłuchajcie, po prostu jakie to piękne.


 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *