Równo dziesięć lat temu, zimą, byłam pokojówką w Chamonix. I gdy sprzątałam zajmowane pokoje zwróciło to moją uwagę, że prawie przy każdym łóżku leżała książka. Zwykle w bardzo mało atrakcyjnej okładce, typu: „tytuł i nazwisko autora na jednolitym tle”. Zastanawiało mnie to, co Francuzi zabierają ze sobą na narty. Można się było zorientować, że z reguły nie są to publikacje z bestsellerowego w Polsce gatunku „romans-sensacja-fantasy”. Były traktaty filozoficzne, książki o ekonomii, polityce, powieści, których okładki nie zapowiadały hollywoodzkiej fabuły. To mi uświadomiło, że Francuzi i Polacy są na zupełnie różnych poziomach odbioru literatury, jeśli chodzi o „masowego czytelnika”.
Literatury właśnie w Polsce mi brakuje. Mówi się raczej o książkach – fizycznym produkcie wprowadzonym do sprzedaży, a nie o dziele sztuki będącą niematerialną kreacją artystyczną. A ja bym się upierała jednak, że pisarz, mający pretensje do tego, by być nazywanym artystą, powinien tworzyć literackie dzieła sztuki, a nie pisać książki. Jest spora różnica pomiędzy produkowaniem książek a tworzeniem literatury. Mam wrażenie, że to drugie niewielu ludzi w Polsce obchodzi, albo ich głos jest tak słaby a działania tak wątłe, że nic z tego nie wynika. Jako osoba w ponadprzeciętnym stopniu zainteresowana literaturą, zupełnie nie wiem, co powinnam czytać – jakich współczesnych polskich autorów, którzy tworzą literaturę na poziomie artystycznym, daleką od formuły entertainment. Kto promuje takich twórców? Bo mam wrażenie, że nawet nie poważne wydawnictwa i wielkie wydarzenia książkowo-literackie.
Jeśli porównuję branżę literacką z branżą muzyczną, to zazdroszczę tej drugiej. Chociażby tego, że sama nazwa lepiej funkcjonuje. Mówi się przecież częściej „rynek książki” niż „branża literacka”, to tak jakby na gruncie muzyki mówiło się „rynek płyt”. Muzyki nie obchodzi nośnik – liczy się jak brzmi, a w literaturze liczy się właśnie te nośniki, niewiele uwagi przykładając do ich zawartości. A literatura też powinna brzmieć.
Zazdroszczę muzyce też tego, że jest transgraniczna. I w tym kontekście widzę pewien paradoks literatury. Przecież to jest sztuka, którą tworzy się słowem, język jest narzędziem, czymś czym instrument w muzyce. Jednak dla muzyka instrument jest przepustką do wielkiego świata – wirtuozeria kładzie na kolana wszelkie narody. Tymczasem język dla pisarza jest barierą w zdobywaniu świata, a im bardziej wirtuozerski, tym dla niego gorzej, bo gorzej przetłumaczalny. Dla muzyka międzynarodowa kariera to czasem łut szczęścia, dla pisarza to zawsze przedsięwzięcie.
Czy można wyjść z polskiego „rynku książki” do obiegu literatury międzynarodowej – to chciałam sprawdzić podczas Festivalu du Livre de Paris, w którym uczestniczyłam w ramach programu grantowego NetWorks realizowanego przez Instytut Adama Mickiewicza. Moje refleksje są takie, że nic nie jest niemożliwe, tylko trzeba się odważyć, by coś robić inaczej. Podobnie jak, wracając do muzycznych nawiązań, w przypadku aplikacji Unknown Band (odsyłam do wywiadu). Dziesięć lat temu w Chamonix zarobiłam pieniądze na założenie wydawnictwa i wydanie swojej pierwszej książki, po to, by nie stoczyć się w absurdy polskiego „rynku książki”.
Post scriptum
Można powiedzieć, że też w konwencji Unknown Band kupuję suveniry z wyjazdów zagranicznych. Tylko wbrew założeniom tej aplikacji – kupuję właśnie „po okładkach”. Wchodzę do sklepu ze starymi płytami i w dziale „muzyka krajowa” wybieram nie wiadomo co. W Gibert na bulwarze Saint-Michel w Paryżu kupiłam takie rzeczy.
Trzeba mieć otwarty umysł i pozwalać się zaskakiwać. Na taką postawę liczę wśród ludzi kupujących książki.






