13 listopada 2025, Wałbrzych, Pod Pretekstem Art Cafe
Nic tak nie psuje koncertu jak pogadanki między piosenkami. Ktoś, kto stosuje takie scenariusze musi być albo początkujący w koncertowaniu, albo biegły w konstruowaniu monologów. Gdybym nie znała twórczości kryjącej się pod nazwą Henry No Hurry być może straciłabym cierpliwość, bo czasowo wychodziło po równo, przez bardzo długi fragment tego koncertu, to rozdanie pomiędzy muzyką i opowieściami. Ale to był już czwarty koncert Henry No Hurry w Wałbrzychu, w kawiarni artystycznej „Pod Pretekstem”, zatem wydarzenie z kategorii „dla zaawansowanych”. Myślę, że nikogo z obecnych nie trzeba było przekonywać do tej muzyki, wprowadzać w nią, „atakować” intensywnością dźwięków. Można było testować cierpliwość, oferując coś, czego za darmo nie usłyszy się w internecie.
Wyszedł z tego nietypowy koncert, takie wydarzenie zmierzające właściwie w stronę sztuki performatywnej, w której Henry No Hurry staje się obwoźnym sprzedawcą opowieści. Opowieść jest nieustannym odradzaniem się życia, towarem wysokiej wartości, którego nie można przecenić, ale nie każde opowiadanie o czymś jest opowieścią, czasem tylko ględzeniem. Więc sztuka opowiadania jest … właśnie – sztuką. Ma swoje uzasadnienie w występie artystycznym, trzeba dać jej tylko odpowiedni kontekst, miejsce i oprawę, a o to wszystko Henry No Hurry umiejętnie zadbał.
Koncert trasy promującej najnowszą płytę „Na nieba czarnej tarczy” nie był wcale skoncentrowany na nowych piosenkach, nie sprawiał takiego wrażenia. Ładnie spięty klamrą z utworów z tego albumu – „Na pół” na początek i „Na nieba czarnej tarczy” na koniec – został wypełniony wieloma znanymi od lat piosenkami, nie pasuje użyć słowa „przebojami”, choć składniowo jest ono tu najodpowiedniejsze. Można by spróbować je uzasadnić tym, że (przypuszczam) dla sporej części publiczności te muzyczne opowieści Henry No Hurry znane są na pamięć i, jak przeboje, towarzyszą od dawna codzienności. Ale wrażliwość, z której są skonstruowane daleka jest od przebojowości.
I to się raczej nie zmienia, biorąc pod uwagę te piosenki z nowej płyty – rozbrajające każdego rodzaju krytykę i z miejsca wchłaniające słuchacza w jakiś szczególnie ciepły i bezpieczny obszar naturalnego piękna, które wcale nie jest tworzone z jasnych emocji, a mimo wszystko lśni blaskiem, który pewnie wielu ludziom koi rany. O takich stanach nie trzeba opowiadać w analityczny sposób czy w formie ciekawostek albo wykładni „jak rozumieć macie konkretne utwory”. I Henry No Hurry tego nie zrobił. Umiejętnie stawiając granicę między sztuką a życiem, w mówionych częściach swojego występu zaproponował opowieści pozornie wyjęte z kontekstu, a jednak wnoszące do poszczególnych piosenek jakieś dodatkowe brzmienie, coś jakby kolejny instrument. W tym kontekście nie był to do końca solowy koncert, raczej polifoniczna opowieść o drodze. Polecam śledzić tę trasę, to dopiero jej początek.
