Koniec wakacji to dobry moment, by wydać płytę pod tytułem „Koniec świata”. Wpasowuje się w nastrój dobrowolnej rezygnacji z czegoś (bo przecież termin wakacji to taka nieformalna umowa społeczna). I zdaje się, że Heima „Końcem świata” też umownie tylko coś kończy. Bo nie są to dźwięki ostateczności. Okładka płyty też zachęca raczej do podróży, niż położenia się w grobie. A muzyka ma w sobie tyle wigoru, że w żadnym wypadku nie dostarcza myśli o krajobrazie destrukcji.
Jest to raczej historia o końcu świata opowiedziana z taką manierą „no trudno”. Nie chodzi o kpinę czy o brak szczerości. Myślę, że raczej o to, że to jest nasza stała rzeczywistość – funkcjonowanie w warunkach kryzysów. Heima swoją muzyką to ułatwia, oferuje pomocną dłoń, te ich pięć utworów zawartych na epce „Koniec świata” jest jak pięć palców, które otulają w uścisku. Sporą część materiału z tego wydawnictwa zespół upublicznił wcześniej, więc w zasadzie czekało się nie, wiedząc, co się wydarzy. Rezygnując z formuły zaskoczenia, Heima zyskała jednak coś innego – oddanie słuchaczy oparte na bliskiej relacji.
I taka właśnie jest ta płyta, jak kolaż z momentów codzienności, tej wykreowanej przez artystów i tej przeżywanej przez słuchaczy. To jest ta sama codzienność, ten sam świat, tak jak w tytule – kończy się jeden. W twórczości zespołu Heima zadziwia mnie jego niebywałe zrozumienie tego, czego ludzie chcą słuchać i skomponowanie tego w ten sposób, by było jednak piękne i niespotykane, a nie łatwe, sprzedajne i przyjemne. To jest muzyka, która tworzy społeczność, a gdy się tworzy społeczność, żaden świat nie jest zagrożony.
Zobacz również:
„Jestem” Heima
„Świat z tektury” Heima
