Muzyka cię ocali – zwykle przychodzi mi do głowy to pokrzepienie, gdy słyszę tego rodzaju utwory. Nie ma takich wyrażeń w odniesieniu do zmysłu słuchu, jakich używa się w kontekście wzroku – mówi się, że ktoś niknie w oczach, gaśnie. W ten sposób o takim śpiewaniu chciałoby się powiedzieć – że zmierza do nicości, bez żadnych sił witalnych. A jednak słychać ten głos bardzo dobrze, poprzez bardzo głośną, ekspresyjną muzykę. Ona podsyca płomień tak, że to, co się zaledwie tliło nie zgaśnie już.
Myślę, że cały shoegaze jest o ocaleniu (w ten czy inny sposób). Slow Crush w dobrym wydaniu, na płycie „Thirst”, podtrzymują tę „tradycję”. Eksponują bardziej siłę niż rozmarzenie i budują zaufanie tym, czego mogą dokonać (w kwestii ocalenia, ale też muzycznych umiejętności). „Thirst” to bardzo ładna płyta, z równo rozłożonymi momentami kulminacyjnymi (dla mnie to czwarte „Leap” i ósmy „Bloodmoon”). Zjawiskowo się kończy („Hlýtt”) i odważnie zaczyna („Thirst”). Niczym przemyślany projekt kreślony od linijki, a przecież brzmi to cały czas jak niekontrolowana burza emocji.
No więc, Slow Crush kontrolują żywioły. Nie pozwalają zniknąć temu, co efemeryczne, zdominować szeptu tym, co głośne, zaburzyć estetyki wrzaskiem. Wszystko pędzi trzymając się za ręce, do tego miejsca, gdzie nie jest już strasznie. Ucieczka ma sztywno określony cel realizowany w chaosie. Tego typu, moim zdaniem, Slow Crush serwuje ocalenie.
