Pierwszy utwór zrobił na mnie wrażenie bardzo poprawnego, takiej muzyki, której przyjemnie posłuchać, ale o której nie chce się gadać. Tylko swego rodzaju delikatnie zaznaczony rozmach odróżniał tę piosenkę od szablonowych hitów z radia. On mnie zatrzymał na tyle długo na stronie newslettera agencji muzycznej, że przeczytałam co autor sam napisał o płycie „To Hell And Back”, wtedy to „kupiłam”, uruchamiając w wyobraźni coś jakby trailery filmów w stylu „Rocky”. Daniel Rocco pisze:
This record is about anyone who’s ever been knocked down and gotten back up.It’s for the people who keep goin’, even when it feels like the world’s against them. To „Hell and Back” is for the fighters, the dreamers and the survivors.
Rzeczywiście taka właśnie ta płyta jest. Ma niewiarygodną wartość terapeutyczną. Jestem pewna, że słuchając jej bardzo wiele można zdziałać. Ona wcale nie jest o tym tytułowym piekle, ani o trudach (nie jest płaczliwa), jest o tym wszystkim, co potem. W trudach można słuchać jak krzepiącej przepowiedni przyszłości, a po nich – jak melodii triumfu. Jest w tym trochę stylistyki stadionowych przyśpiewek, ale zupełnie bez obciachu, bo śpiewając i grając Des Rocs realizuje najlepsze rockowe standardy.
Można sobie włączyć w nagrodę za wspaniałą życiową postawę:
