„Zorze” Piotra Paduszyńskiego są o krainie czarów. O sytuacjach wyobrażonych w rzeczywistych miejscach. O pierwszych zachwytach. O niezrozumiałym źródle niespotykanego piękna. – Nie ma to jak wszystko na wstępie wyjaśnić. Stworzyć opis sformatowany pod katalog zawartości. Ale to tylko wrażenia. Moje wrażenia. I nie chodzi w tych wyjaśnieniach o rację, o prawdziwość definicji, ale o precyzyjnie zdefiniowane wrażenia. Skoro takie są, skoro da się je sprecyzować już we wstępie, to oznacza, że artyście udało się stworzyć wyraziste dzieło, w tym przypadku muzykę, która bez słów przemawia do odbiorców.
„Zorze” to instrumentalna płyta, na której oprócz pianina pojawiają się dźwięki pozytywki. Jest utwór o tytule „Teatr Lalek” i „Kołysanka dla Tosi”, ale nie trzeba niczego czytać, żeby mieć skojarzenia z dzieciństwem. Piotr Paduszyński funduje słuchaczom dziwnie skuteczną retrospekcję do czasów, gdy brzmienie świata odkrywało się po raz pierwszy, gdy oczywistością były sny na jawie. Ta kraina czarów, którą nam kreuje nie jest więc zupełnie wyczarowana z fantazyjnej fikcji, jest raczej odbiciem rzeczywistości żyjącej własnym życiem po drugiej stronie lustra.
Dla mnie jest to też płyta o tym, czego nie wolno nam zapomnieć, a czego nie da się zatrzymać w fizycznej postaci. „Zorze” Piotra Paduszyńskiego są zaproszeniem piękna, magii i niezwykłości do codziennego życia. Są wyrazem troski o to, co łatwo stracić, co swoją delikatnością czy ulotnością wymyka się spod reżimu posiadania. Śnieżna zima jest dobrym czasem na słuchanie tej płyty, gdy pod białym puchem świat staje się trochę bardziej zaczarowany, gdy długie godziny mroku dają nam większą szansę na wypatrzenie zórz.
