3 sierpnia 2024, Katowice, T Tent
Nazwali się tak, jakby żegnali się z tym światem i odlatywali w kosmos. Ale to nie prawda, no półprawda najwyżej. Może i słychać w tym, co tworzą jakąś inspirację muzyką sfer, może skłania to nawet do rozmyśleń o ciałach astralnych, ale nie jest to taki „odlot”, jakiego po takiej nazwie można by się spodziewać. Siema Ziemia wykracza poza wyobrażenia. I to jest jedyny dystans do rzeczywistości, jaki w ich muzyce słyszę.
Przede wszystkim, z taką perkusją nie da się odlecieć. Obudzi z każdego onirycznego transu. Świetna sekcja rytmiczna wywołuje odruch taneczny, a taniec łączy ludzi, gdy tymczasem kosmiczne podróże mają klimat samotności. Siema Ziemia, przynajmniej w koncertowym wydaniu, prezentuje muzykę, która nie jest nostalgiczna i nie sprzyja wyobcowaniu. Przypomina raczej walkę. Ta perkusja, o której już pisałam, przykuwa uwagę, i bas też, ale przede wszystkim przecież saksofon, tyle, że bez gitary, w ogóle nie byłoby tego wątku o kosmosie. Gdy chce się skonstruować rzetelny osąd, nie dostrzega się tu lidera, nie ma brzmienia, które wypełnia ciszę pomiędzy popisami jakiegoś jednego instrumentu. Są cztery, jakby w czterech rogach ringu i walczą, w takiej harmonii, że nikt tu nie kończy pokonany i nikt nie zwycięża samotnie.
Niesamowita siła brzmienia, charyzma i … niespodzianki. Tak w trzech słowach opisałabym ten koncert. Niespodzianką było wykonanie z Łoną utworu „Pan Darek”, którego w wersji studyjnej można posłuchać na płycie „Taxi”, a który w wersji koncertowej był swego rodzaju post scriptum do koncertu Łona x Konieczny x Krupa jaki na OFF Festivalu wydarzył się dzień wcześniej. I tak właśnie Siema Ziemia dała wszystkim do zrozumienia, że jazz świetnie się rozumie z rapem, świetnie się rozumie z elektroniką, psychodelą również. Siema Ziemia to nie pożegnanie, to przyszłość.