Clock Machine – ostatni koncert trasy „Z Tobą Lżej”

15 grudnia 2019 | Centrum Koncertowe A2 | Wrocław

Koncert zamykający trasę – to trochę zniechęca, bo nie ma już do czego przekonywać, zatem i po co pisać? Już więcej w najbliższym czasie Clock Machine na żywo nie zobaczycie, a byłam tylko na jednym koncercie, więc nie nie mogę też napisać relacji w stylu podsumowania trasy. Myślę, że trochę dało się odczuć, że był to ostatni koncert (szkoda, że nie mam porównania, bo niesłusznie mogę być tu złośliwa). „Ostatni” w takim sensie, że: „no dobra, kończmy to, zagrajmy cokolwiek i chodźmy do domu”.

Gdy ma się świetny repertuar, świetnych muzyków obdarzonych talentem i charyzmą, dopracowane i stylowe efekty wizualne oraz profesjonalną salę koncertową na występ, to jak można zagrać słaby koncert? Co można spartolić? Odpowiedź: wprowadzić elementy stand-upu i zwiedzania galerii sztuki. Innymi słowy: zbędnymi wypowiedziami można poszatkować koncert w ekspozycję poszczególnych piosenek. Kiedy jest się debiutantem z repertuarem, którego nikt nie zna, owszem można przemycić trochę opowieści o sobie i twórczości, wykorzystując rzadki moment, gdy się jest na scenie. Ale kiedy się jest zespołem tej marki, co Clock Machine, gdy oczekuje się od tłumu, że sam na całe gardło odśpiewa refren największych hitów, skoro faktycznie tłum robi to a cappella („Prognozy”), to naprawdę nie trzeba tłumaczyć mu jaki tytuł ma ta piosenka i o czym ona jest. Starczy zagrać trzy nuty i pozwolić, by eksplozja euforii załatwiła resztę.

Po fantastycznej, improwizowanej, perkusyjnej solówce w „Spadać i latać” postanowiłam, że nie będę się czepiać i skupię się na pozytywnych aspektach wydarzenia, w którym uczestniczę. Oczywiście nie było trudno ich dostrzec, Clock Machine mają fantastyczny kontakt z publicznością i z sobą nawzajem. Ich muzyka emanuje jedyną w swoim rodzaju energią, pozwalającą niemal w tym samym czasie tańczyć, wrzeszczeć i popaść w melancholię. Jest świetną zabawą i doznaniem artystycznym. Jest różnorodna i może w tym tkwi problem spójności, której na tym koncercie mi brakowało.

Koncert powinien być spektaklem, wciągającym w wir doznań, których nigdy więcej nie doświadczysz choć wielokrotnie jeszcze usłyszysz te same piosenki w podobnych koncertowych wersjach. Każdy koncert powinien być na swój sposób niepowtarzalny i stanowić jedną opowieść. Koncert Clock Machine taki nie był, przypominał raczej wycieczkę po galerii sztuki, podczas której artyści we własnej osobie prezentują swoje dzieła „tu jest takie o tym…”, „tu takie o czymś zupełnie innym…” i „coś, czym zajmowaliśmy się pięć lat temu, co już nie do końca nas kręci”. Wszystko świetne, nie da się ukryć, tylko odbiór tego wszystkiego każe percepcji nieustannie przeskakiwać między światami różnych emocji, uczestniczyć wciąż w nowych początkach i zakończeniach, co wymaga od odbiorcy pewnej uważności i kontrolowania zmiany doznań. A ja bym chciała na koncercie niczego nie kontrolować, niczego nie musieć zmieniać, na nic nie uważać, a zamiast tłumaczeń słyszeć muzykę, która porywa jak bezpardonowy wir i boleśnie wrzuca po bisach na stały grunt zewnętrznej ciszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *