„Weight of Love” The Black Keys

Z przykrością muszę przyznać, że można się przyzwyczaić do kiepskiej muzyki, wygodnie dostępnej na wyciągniecie ręki, w radiu, które jest tak monotematyczne, że po kilku dniach przestaje się je zauważać. Można rozleniwić się w nieszukaniu, można ignorować ciekawość, nie starać się, bo to takie proste. I można nawet nie tęsknić, co dziwne, ale widać emocje uśpione bezemocjonalną muzyką nie reagują już racjonalnie.

Tak więc można obyć się bez pięknej muzyki i nawet nie czuć jej braku, poza tym, że robi się tak beznadziejnie, a może nawet nie aż tak, to za duże słowo, robi się tak nieustannie zwyczajnie kiepsko, nijak, każdego dnia. Tak, że nie wiadomo czego chcieć, dokąd pójść i co robić. Tak, że najlepiej tylko siedzieć, czekać i odpoczywać. Tak, kiepska muzyka krzewi olbrzymie połacie marazmu. Trzeba więc szybko coś niedostępnego lub zapomnianego wygrzebać, by zaczęło się dziać jakoś.

O „Weight of Love” zapomniałam, o tych pięknych gitarach w tonacji tanecznej. To jest w sam raz na odgonienie olbrzymich połaci marazmu. Monumentalne, ale nie smutne. Bardzo popularne, ale coś, czego w godzinach pracy nie puści żadne polskie, komercyjne radio, do czego trzeba dotrzeć osobiście i postarać się, by usłyszeć znowu. Ale w zamian za trud osobistego wciśnięcia play przy tym właśnie konkretnym tytule, zrewanżuje się potężną dawką mocy i wiedzą o tym czego chcieć, dokąd pójść i co robić. Najlepiej zacząć od tego, by odchwaścić się na wiosnę.


Płyta do kupienia tutaj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *