„Beatnik Or Not To Be” Elias Dris

„Beatnik Or Not To Be” – już sam tytuł zapowiada egzystencjalne dylematy, sygnalizuje, że z tą muzyką może nie być łatwo, chyba że wybór jest prosty. Jako autorka naukowej pracy o bitnikach bałam się zbyt intelektualnego potraktowania tej płyty, przeteoretyzowania, pokusy odwołania do fachowej literatury i szpanowania cytatami. „Zaszpanuję” jednym, ze „Skowytu” Allena Ginsberga, będącym, w moim odczuciu, esencją tego, co powinno się wiedzieć o bitnikach: ciskali z dachu swoimi zegarkami głosując za Wiecznością poza Czasem. O pragnieniu, by rozwalić coś w imię wolności – o tym też jest muzyka Eliasa Drisa.

Wolności niekonieczne tej ze sztandarów i barykad, raczej emocjonalnej, takiej, która nie potrzebuje pompatycznych hymnów, dlatego też nie uświadczy się ich na „Beatnik Or Not To Be”. Jest to płyta bardzo minimalistyczna, bardzo intymna, ale przez to też bardzo odważna – ważna – poważna w treści. W pewnym sensie radykalna, tak samo jak radykalnym jest zamysł o rozwaleniu Czasu. Choć jest też beznadziejnie romantyczny. Elias Dris wie o tym wszystkim i świetnie to wyraża. Poza schematami, poza oczekiwaniami, chciało by się powiedzieć – wbrew wszystkiemu, a przy tym z taką łatwością pisze fantastyczne piosenki. Trudne w treści, genialne w przekazie.

„Beatnik Or Not To Be” jest przeładowana opisami bólu, tym egzystencjalnym cierpieniem, zapowiadanym z okładki. Ale Elias Dris wyśpiewuje je w tak „balsamiczny” sposób, że niemal koją duszę. Nie mogę o nich opowiedzieć, bo poezji się nie opowiada. Można ją poczuć albo wykpić. Może wzruszyć albo zanudzić. Tworzenie na poetyckich meandrach, to jak stąpanie po cienkim lodzie. Elias Dris wcale nie stara się być w tym delikatnym, a mimo to – nic nie pęka.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *