„Bezśnieże” Lili Liliana

Bywa czasem tak, że jest za dużo ciepłych dni, wtedy nagrywa się smutne, letnie płyty. Takie, na przykład, jak „Bezśnieże” Lili Liliany. Krótka, melancholijna, filigranowa epka, tak delikatna, że ma się wrażenie, że można ją popsuć jedną, nieporadną chwilą nieuwagi. Dlatego momentalnie wprowadza słuchaczy w stan skupienia, bo to byłaby wielka szkoda – popsuć coś tak ładnego. Myślę, że to jest najlepsze określenie tej płyty, powiedzieć o niej, że jest bardzo ładna. Nie trzeba niczego udowadniać, niczego tłumaczyć, niczego się domyślać, wszystko jest jasne, niezaprzeczalnie na wysokim poziomie – bardzo dobre, bardzo czyste, bardzo ważne, a zarazem bardzo proste. I to wcale nie jest częste, żeby ktoś tak ładnie śpiewał polskie piosenki, tak ładnie komponował muzykę do polskich tekstów.

W porównaniu z poprzednią płytą „Szczaw”, „Bezśnieże” prezentuje bardziej jednolity materiał, piosenki wpisujące się w jeden temat, jeden nastrój, jeden styl, ale trzeba pamiętać, że to jest epka, która zawsze koncepcyjnie różni się od długiej płyty. A poza tym, to wcale nie jest źle, że jest jednorodnie, tym bardziej, że wydaje mi się, iż na „Bezśnieżu” Lili Liliana jeszcze lepiej brzmi, jeszcze lepiej śpiewa, aranżuje i opowiada. To jest smutna płyta, więc prezentuje szczególny rodzaj wrażliwości, wpisany w bardzo kruche i subtelne piękno. Z tak delikatną sztuką trzeba się ostrożnie obchodzić, ostrożnie o niej mówić i pisać, bez wybujałych przymiotników oraz innych mocnych słów, ale jednak zawsze w superlatywach. Dlatego słowo „bardzo” w jej opisie jest, według mnie, najlepszym rozwiązaniem. Do tych wyrażeń, w których go już wcześniej użyłam, dodam jeszcze jedno – bardzo mi się podoba płyta „Bezśnieże” i muzyka Lili Liliany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *