„With Healings Of The Deepest Kind” Blue Rose Code

Myślałam, że ta płyta ma coś wspólnego z twórczością Milesa Davisa, gdy z jej okładki pierwsze rzuciły mi się w oczy słowa „blue” i „kind”. Nie ma. Ale to nic nie szkodzi. Jest taka ładna, że można rozpłynąć się nad nią z zachwytu. Taka staranna i precyzyjne skomponowana, że nie musi nawiązywać do żadnego muzycznego guru, by czuć w niej było perfekcję. „With Healings Of The Deepest Kind” pięknie brzmi swoim własnym stylem, swoim własnym, trochę oldschoolowym, tempem i klasyczną, nieprzesłodzoną romantycznością.

Blue Rose Code wykonuje dziewięć kolejnych utworów bez zacięcia, jakby jednym tchem i sprawia wrażenie jakby nie dbał o nic, jakby niczego szczególnego nie chciał stworzyć, jakby śpiewał tak sobie, tak od niechcenia. Tak ładne i tradycyjne są jego piosenki, a mimo to tak głęboko poruszające. Te skrzypce, które tak rozdzierają serce i te melodie, które tak rozbudzają wyobraźnię. Nic więcej nie trzeba. Myślę, że dzisiaj trochę zapomina się jak skrzypce mogą pięknie brzmieć, ile mają w sobie wyrazu, tragizmu, ekspresji. Utwory na „With Healings Of The Deepest Kind” przypominają to w różnej intensywności i wariacji.

Cała płyta jest bardzo wzruszająca, ale pełna dobrych emocji, głównie balladowa, ale afirmująca życie. A miejscami nawet zachęcająca do tańca („LDN City Lights”). Zgodnie z tytułową zapowiedzią, niesie uzdrowienie i chociaż tłumaczy smutki, to nie daje im za wygraną. „Nie można afirmować pustki” – usłyszałam ostatnio takie zdanie – gdy się jej nie poświęca wystarczająco dużo uwagi, zarasta odradzającym się życiem. I tak brzmi ta płyta, jakby coś rozpoczynała na nowo. Jak kiełkowanie na niepewnym gruncie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *